Cycek do przodu!

Moje odkrycia

Zależy od niego tak wiele, ale nie poświęcamy mu często ani minuty dziennie. Nie myślimy, nie dbamy, dopóki nie zacznie dokuczać. Dopóki sam nie udowodni nam, jak bardzo jest ważny. Jak zwykle zaczynamy działać kiedy jest już za późno.

Jak byłam młodsza, Babcia Rózia ciągle krzyczała za mną „Cycek do przodu!”. I w tym jednym wyrażeniu, Babcia zawierała całą filozofię życiową, którą chciała mi wpoić. A jej najbardziej podstawowym założeniem było to, żebym w końcu przestała się garbić. Na marne. Robiłam to wtedy, robię i dziś. Dwie ciąże, w tym jedna bliźniacza nie pomogły mojemu kręgosłupowi. Wręcz przeciwnie – długo borykałam się z rwą kulszową i do dzisiaj lędźwiowy odcinek kręgosłupa daje mi popalić.

Jakiś czas temu Ewelina opublikowała na blogu wywiad ze swoim bratem Łukaszem (możecie przeczytać tutaj), który zawodowo zajmuje się dietetyką i treningiem personalnym. Przy okazji robienia sesji do wpisu, Łukasz zrobił i mnie analizę składu ciała na Tanicie. I niby nie wyszło najgorzej, bo mieściłam się w szeroko pojętej normie, ale Łukasz cały czas kwitował : „no, ale mogłoby być lepiej”, „tego tłuszczu trzewnego to jednak za dużo”, „mięśni trochę za mało”. Szczególnie ten tłuszcz trzewny zrobił na mnie wrażenie. Moje narządy porośnięte tłuszczem śniły mi się po nocach. Powoli poczułam, że urodzenie bliźniąt ponad dwa lata temu już nie powinno być dłużej  moją wymówką, bo za chwilę będzie jak u Kasi Nosowskiej „syn skończył 18 lat, a ja jeszcze nie zdążyłam schudnąć po ciąży” (uwielbiam tą Panią!).

Więc ja żem jej na to powiedziała: „Kaśka! zrób coś z tym”. Jak zwykle pierwszym rozwiązaniem, które przyszło mi do głowy było bieganie, bo to za darmo i można robić w dowolnym czasie. Ale szybko wymiękłam, bo wieczorem po położeniu spać całej trójki wyglądałam jak marchewka z  ilustracji Emilii Dziubak:

 

Źródło: Emilia Dziubak Ilustracje

Potem poczułam takie maksymalne wkurzenie. Że ja ciągle coś „muszę” i życia mi na to wszystko nie starczy. Ja tu ledwo wyrabiam z pracą, domem, dziećmi, o tylu rzeczach muszę myśleć i jeszcze o tym cholernym tłuszczu trzewnym też. Z każdej strony bombardują mnie wysportowane, opalone ciała modelek i chociaż wiem, że Photoshop maczał w tym palce, to ciągle się na to łapie. Ba! jak poproszę pana Boberka to w sumie też mi może nogi do księżyca wyczarować. Nie! Ja wysiadam. Pokazuje temu wszystkiemu środkowy palec, bo to czego mi trzeba to w końcu usiąść i odpocząć.

I tak siedziałam i odpoczywałam. Co wieczór na kanapie. Cydr, „coś dobrego” na pocieszenie, „nic mi się już nie chce, zamówmy pizzę”,  kolejny odcinek serialu, spać i tak następny dzień. Tylko z każdym dniem zamiast bardziej wypoczęta, czułam się coraz bardziej zmęczona. Punktem zwrotnym był dzień, kiedy zaczęłam mieć problemy, żeby ustać trzy godziny w pracy. Pod koniec oprowadzania grupy kręgosłup bolał mnie tak bardzo, że miałam ochotę położyć się na wawelskim dziedzińcu i zrobić „kołyskę”.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że tu nie chodzi o kolejne diety cud i gubione kilogramy, nogi do księżyca, czy sześciopak na brzuchu. Tego czego mi trzeba to nie przebiegnięcie maratonu, czy wylanie hektolitrów potu na zajęciach crossfit, które na marginesie uwielbiam i obiecuję sobie, że kiedyś do nich wrócę, ale to nie jest jeszcze ten czas. Teraz muszę przywrócić się do pionu i zadbać w końcu o niego – o kręgosłup. Kiedyś wydawało mi się, że jedyny wysiłek fizyczny jaki ma dla mnie sens to taki kiedy pływam we własnym pocie i nie mogę złapać tchu. Nie musi tak być. Czasem warto wsłuchać się we własne ciało, wrócić do źródeł, a na „wyczyny” przyjdzie czas.

Znalazłam miejsce, w którym mogę  naprawdę odpocząć i zadbać o siebie kompleksowo. Mam do dyspozycji basen, chodzę na zajęcia pt. „zdrowy kręgosłup” razem z seniorami i przeprosiłam się z pilatesem. Wszystko blisko pracy, więc mogę ten czas dla siebie włożyć pomiędzy zawodowe zajęcia i nie wpływa to znacząco na nasze życie rodzinne.  Codziennie myślę też o trzymaniu postawy i chociaż nie raz łapie się na tym, że nie jest ok, to powoli żegnam się z uporczywym bólem lędźwi.

Mało o tym myślimy, ale nasza postawa ma ogromny wpływ również na to jak wyglądamy w ubraniach. Odstający brzuch to nie jest jedynie wina nadmiaru tłuszczu, ale również złego ułożenia ciała. Zróbcie prosty eksperyment – stańcie przed lustrem i zobaczcie różnicę pomiędzy wyprostowaną i zgarbioną sylwetką. Optycznie to przynajmniej jeden rozmiar różnicy. Najprostszy sposób na poprawę wizerunku to wyprostowanie ciała. Prosta sylwetka to również wyznacznik pewności siebie, poczucia swojej wartości i świadomości własnego ciała. Na to wpływ ma oczywiście przede wszystkim nasze psyche, ale ja bardzo wierzę w to, że warto patrzeć na siebie holistycznie i dać sobie przestrzeń do rozwoju zarówno ducha jak i ciała.

W dzisiejszym tekście chciałabym więc Was zachęcić do tego, żebyście byli wyprostowani jak te  szparagi, wsłuchiwali się w swoje ciało i znaleźli odpowiednią dla siebie formę wysiłku fizycznego oraz wbili sobie do głowy dewizę Babci Rózi: „Cycek do przodu!”.

Please follow and like us:

4 thoughts on “Cycek do przodu!”

  1. Tekst jakby napisany dla mnie – wczorajszy ból w krzyżu ( pamiątka po ciąży 😉 ) uświadomił mi, że pora wziąć się za siebie. PS piękne zdjęcia!

    1. Cieszę się Agne, że też masz ochotę coś zmienić. Wszystko zaczyna się od uświadomienia problemu potem jest już z górki:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *