Łamiemy stereotypy czyli współczesny ‚pin-up’ oczami Cherry Bee

Spotkania/ wywiady

Październik zbliża się wielkimi krokami wraz z bardzo ważnym dla mnie wydarzeniem, jakim są Targi Vintage Kogel Mogel. Dziś spotykam się z Cherry Bee, jedną z organizatorek tego przedsięwzięcia.

Kobieta niezwykła, ikona współczesnego pin-up’u, finalistka konkursu Miss Viva Las Vegas. Modelka z talią Elizabeth Taylor, rozmiłowana w retro stylizacjach i czerwonych szminkach…  

fot: Bert de Heus

– Przyznam szczerze, że mnie pin- up kojarzy się z seksualizacją kobiet i to w złym tego słowa znaczeniu czyli krótkie spódniczki, głębokie dekolty, co ma na celu uprzedmiotowienie kobiety. A Ty widzę pojmujesz to inaczej. Czym jest dla Ciebie pin-up ?

– Jeżeli chodzi o te krótkie spódniczki, to kiedy przyjrzysz się zdjęciom Betty Grable, Elizabeth Taylor, Lucille  Ball, to zobaczysz, że one nie mają krótkich spódniczek. Zawsze kończą się one gdzieś w połowie łydki. Pin-up w tym momencie nie ma za dużo wspólnego z seksualizacją o której mówisz. Ale tak, pierwotnie pin-up był stworzony po to, żeby podnieść morale żołnierzy w Stanach Zjednoczonych, w czasie II Wojny Światowej. Wtedy był taki boom na to. Sama nazwa „pin-up” wzięła się od tego, że żołnierze przypinali zdjęcia dziewczyn w swoich samolotach, domach, koszarach. Więc w zasadzie tłumacząc na polski, powinnyśmy się nazywać „przypinkami” 🙂 .  Współczesna wersja pin-up’u to przede wszystkim taka prawdziwa, jednocząca kobiecość. Wydaje mi się, że nie tylko ja mam dość tego, że ciągle ze sobą rywalizujemy, że nam się wmawia, że musimy być piękne i to nie dla samych siebie…

 …ale pin-up jest właśnie piękny i to z bardzo dużym akcentem na dbanie o wygląd zewnętrzny!

– Tak, ale dla siebie samej! To nie jest po to, żeby złapać jakiegoś faceta mówiąc kolokwialnie tylko po to, żeby z sobą czuć się fajne. Nie chodzi o to, żeby biegać cały czas w czerwonej szmince, ale o to, żeby odkryć swoją kobiecość, własną wewnętrzną boginię. A to właśnie daje nam siłę, żeby funkcjonować w tym dzisiejszym, bardzo zwariowanym świecie. Odnoszę wrażenie, że jest też dzisiaj taki duży nacisk na to, żeby kobieta była taka męska, mocna i wydaje mi się, że gdzieś po drodze zatracamy swoją więź z innymi kobietami.

– Pamiętam, że kiedy rozmawiałyśmy ostatnio, wspominałaś o tym, że boisz się tego, że z pin-up’u wyodrębni się oboczny nurt, pozbawiony tej idei o której mówisz.

– Tak, widzę to na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Faktycznie większość ludzi których znam i powiedziałabym, którymi się otaczam to są kobiety, które myślą w ten sam sposób co ja. Czyli pin-up jest po to, żeby umacniać więzi, umacniać kobiecość, żeby się uczyć nawzajem od siebie. Ale widzę, ze jest też nurt, który polega jedynie na zarabianiu na tym trendzie. Stany są kolebką pin-up’u, jest on tam bardziej popularny i są kobiety, które totalnie się z nim nie utożsamiają, aczkolwiek wiedzą, ze można na nim zarobić. Prezentują one jedynie tą stronę o której mówiłaś czyli wulgarność, seksualizację kobiety. Boję się, że w Polsce może dojść do tego samego.

– A skąd w ogóle u Ciebie zainteresowanie pin-up’em? Jak kształtował się Twój styl modowy przez ostatnie lata? Bo rozumiem, że do liceum chodziłaś w Polsce jak każda standardowa dziewczyna. Skąd się ten pin-up na Podhalu znalazł?

– Ha, ha, ha  😆  Ja tak naprawdę nigdy nie byłam standardową dziewczyną, bo jak chodziłam do liceum to ubierałam glany i koszulki z Iron Maiden, długie spódnice i oczywiście bojówki. Można więc powiedzieć, że zawsze nieco odstawałam. Potem były studia, kiedy eksperymentowałam ze wszystkim- były lata 60-te, 70-te, a potem zaczęłam iść w stronę lat 50-tych.

– Ale to było tak, że wyczułaś, że Twoja sylwetka jest najbardziej odpowiednia do tego okresu retro?

-Tak naprawdę tak to wygląda. Jestem klepsydrą więc wszystkie rzeczy, które są w sieciówkach wyglądają na mnie źle. Wyglądam jakbym ubrała worek po ziemniakach. Dodatkowo mam bardzo dużą różnicę między talią, a biodrami i biustem więc bardzo ciężko jest mi się ubrać w standardowych sklepach.

Fot: Roy Varga

 

Fot:Dominik Stachoń

 

– Tak, kiedy patrzę na zdjęcia, Twoja talia robi ogromne wrażenie.

– Często dostaję pytania o to, czy noszę gorset. Zdarza mi się to, ale zawsze o tym otwarcie piszę, że to jest moment kiedy mam go na sobie. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że moja talia tak wygląda naturalnie. Uważam, że to jest ważne. Często też wrzucam na Instagrama zdjęcia bez makijażu. Ale wracając do sylwetki, rzeczywiście jest ona stworzona do lat 50-tych.

– To jest chyba takie kuszące i niesamowite w retro, że każda sylwetka znajdzie tam coś dla siebie.

– Tak, każda dekada jest nieco inna. Kiedy wyjechałam do Belgii odkryłam, że są tam sklepy z gotową już odzieżą, która jest przeznaczona dla mojej sylwetki. Wreszcie nie musiałam nic przerabiać tylko mogłam wejść do sklepu i wyjść z gotowym produktem.

– Mieszkałaś wiele lat za granicą- w Belgii, Niemczech, byłaś w Stanach. Jak na tle innych krajów oceniasz popularność pin-up’u w Polsce? Bo mnie się wydaje, że jest on bardzo marginalnym nurtem.

– Tak, i myślę, że to zawsze tak będzie z tego względu, że Polacy nie są jeszcze gotowi na takie duże zmiany, nie lubią subkultur. Jeżeli wystajesz poza nazwijmy to normę to zawsze ktoś ci zwróci uwagę, rzuci negatywne spojrzenie, komentarz. Zdarza się to nawet wśród najbliższych, w rodzinie. Ja akurat nie miałam źle, moja rodzina wie, że ja i tak robię co chcę, ale wiem, że sporo dziewczyn słyszało różne komentarze a propos czerwonej szminki, która uchodzi za makijaż kobiet lekkich obyczajów. A to nie jest prawda, bo uwaga! W trakcie II Wojny Światowej, kobiety nosiły usta w kolorze czerwieni po to, żeby wkurzać Hitlera, który nie znosił czerwonej szminki więc był to niejako wyraz oporu.

– A jak jesteś odbierana w pracy? Pytam, bo wiem, że pracujesz w branży zupełnie niezwiązanej z pin-up’em i wiem też, że nie posiadasz oddzielnej szafy ubrań „do pracy”, tylko w przeważającej większości ubierasz się w sukienki przypinkowe. Jak Twoi współpracownicy na Ciebie patrzą? Czy mówi się w Twojej pracy o Twoim drugim życiu, o Twoim blogu, wydarzeniach które organizujesz?

– Tak, mówi się 🙂 . Była taka śmieszna sytuacja, kiedy udzielałam wywiadu w programie ” Pytanie na Śniadanie”, to moje koleżanki z pracy, razem z moją szefową wysyłały mi zdjęcia, jak oglądają mnie w telewizji. Mam to szczęście, że pracuję z cudownymi osobami, kobietami wśród których nie ma zawiści, plotek. Pracuję w tej firmie już półtora roku i wszyscy są przyzwyczajeni do tego, jak się ubieram. Część dziewczyn nawet podpytuje mnie, gdzie kupuję swoje sukienki.

– A skąd właśnie bierzesz te wszystkie cudowne stylizacje?

– Powiem szczerze, że staram się w tym momencie wspierać lokalny przemysł czyli kupować od tych dziewczyn, które mają swoje sklepy z odzieżą retro czy to on-line, czy np.” Kolorowe nastroje”. Dużo ubrań mam też od Ani z Natabo, Moniki z Lolipopshop.

– Rozumiem, że te marki będziemy mogli zobaczyć i kupić ich produkty na Targach Kogel- Mogel?

– Tak, jak najbardziej. Dodatkowo jest jeszcze jedna nowa marka, która właśnie weszła na rynek, dodatkowo jest z Krakowa- Swing It . To jest odrobinę jeszcze inna wersja retro, bo idąca bardziej w lata 40-te, swingowe ubrania, w których też można tańczyć. Polskie retro zaczyna się rozrastać. Coraz więcej osób się w nie angażuje i to widać nawet po Koglu, że jest dużo osób zainteresowanych warsztatami.

– Za niecały miesiąc spotykamy się na Targach Vintage Kogel Mogel. Od lat je współorganizujesz, jesteś ich częścią. Tegoroczna edycja wydaje się być najbardziej bogata, z bardzo szerokim wachlarzem urozmaiconych warsztatów. Warsztaty z pozowania, szydełkowania, wiązania chust, wiązania apaszek, fryzur retro, burleski. Mam wrażenie, że te targi rozrastają się z roku na rok. 

– Po pierwsze są najbardziej bogate, bo już jestem w Polsce fizycznie i jestem w stanie się tym zająć. Po drugie organizowanie różnych tego typu eventów daje mi kontakty. Jestem w stanie sprawdzić, w jaki sposób różni instruktorzy zachowują się wobec uczestników, jaki poziom prezentują sobą. A co dla mnie jest najważniejsze, chcę, żeby to nie były kobiety, które pragną się wypromować, tylko faktycznie chcą czegoś nauczyć inne kobiety i robią to z miłością, z sercem. Bo pin-up jest właśnie tego kwintesencją.

– Warsztaty z retro fryzur jak co roku rozeszły się chyba od ręki. Powiem tylko pokrótce, dla tych, co nie wiedzą, że w czasie warsztatów każda z uczestniczek wykonuje jedną określoną fryzurę na własnej głowie. Nie jest to pokaz, tylko warsztaty z prawdziwego zdarzenia.

– Od zeszłego roku faktycznie tak jest, że Maja zmieniła formę warsztatów na taką zupełnie praktyczną. Przez kilka godzin dziewczyny uczą się układania jednej wybranej fryzury. Pierwsza część warsztatów jest częścią wprowadzającą na temat techniki zakręcania włosów, a potem kiedy włosy ostygną jest rozczesywanie i układnie. Zresztą wszystkie nasze tegoroczne warsztaty są na wskroś praktyczne i można z nich wyjść umiejąc np. szydełkować czy wiązać chusty.

– Ja zapisałam się na warsztaty pozowania pin-up czyli temat mi zupełnie nieznany, ze mną nie związany. Jestem bardzo ciekawa co z tego wyniknie 😆 . A wracając jeszcze na chwilę do pin-up’u….opowiedz mi coś o konkursie Miss Viva Las Vegas, bo to chyba jeden z najbardziej ekscytujących punktów w Twoim życiu. Jak do niego w ogóle trafiłaś?

– To na pewno była niesamowita przygoda, dlatego, że tak na prawdę jestem pierwszą Polką, która wzięła udział w tym konkursie i która się dostała do finału. A stało się to tak, że w zasadzie już drugi rok z rzędu jestem na tym festiwalu. W zeszłym roku wzięłam udział w castingu firmy ze Szwajcarii, która produkuje reprodukcje ubrań z lat 50-tych, 60-tych i zostałam wybrana jako jedna z modelek. Firma ta miała fashion show w ramach Viva Las Vegas. Wiec poleciałam, co dało mi okazję też poobserwować inne atrakcje, porozmawiać z dziewczynami, które brały udział w konkursie. W zasadzie to one trochę mnie namówiły, żeby wziąć w nim udział. Na początku było około tysiąc kandydatek z całego świata. Najpierw dostałam się do ćwierćfinału, do którego wybranych było 200 dziewczyn, a potem do półfinału, gdzie już decydowała publiczność o tym, kto przejdzie do finałowej dwunastki. Pierwsze sześć dziewczyn jest wybieranych zawsze przez sędziów, a następne sześć przez publiczność. Miałam szansę być jedną z tej szóstki i jest to dla mnie mega wyróżnienie, że to ludzie chcieli mnie tam widzieć. Przypuszczam, że wielu Polaków też na mnie głosowało. W moim mieście wszyscy o tym trąbili, byłam też w Tygodniku Podhalańskim. Po wywiadzie w „Pytaniu na Śniadanie” dostałam również mnóstwo zwrotnych informacji, że wszystko wyglądało pięknie, że z klasą i że kobiety tak powinny właśnie wyglądać. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że kobiety powinny wyglądać tak jak chcą, tak jak czują się najlepiej.

 

Fot: Klaudia Bałazy
Fot: Klaudia Bałazy
Fot: Klaudia Bałazy
Fot: Klaudia Bałazy
Fot: Klaudia Bałazy
Fot: Tim Hunter

– Co było brane pod uwagę jako kryterium konkursu? Czy liczył się tylko wygląd zewnętrzny?

– Zdecydowanie nie i o to właśnie chodzi. Werdykt konkursu wzbudził wiele kontrowersji wśród internautów i miłośników pin-up’u, ponieważ zwyciężyła dziewczyna z Nowej Zelandii, która jest bardzo otyła i dodatkowo jest niepełnosprawna. Dostałam na prawdę mnóstwo pytań o to, dlaczego ona? Będąc koło tej osoby, mogę zaświadczyć, że mimo tego, że jest niepełnosprawna ruchowo, cały czas na środkach przeciwbólowych, to jest niesamowicie pozytywna. Jak wchodzi do jakiegoś pomieszczenia to tak jakbyś zapaliła światło, rozpaliła ogień. Jest to coś nieprawdopodobnego, takie bijące od niej ciepło i taka szczerość w tym wszystkim. Jest też ogromną inspiracją dla bardzo dużej ilości ludzi więc takie właśnie rzeczy są brane pod uwagę. Tak jak już mówiłam pin-up nie sprowadza się jedynie do wydekoltowanych, krótkich sukienek i czerwonej szminki. Pin-up obecnie jest uwalnianiem kobiecości, inspirowaniem ludzi, w tym szczególnie kobiet do tego, by odkrywały same siebie. Niekoniecznie muszą iść w stronę pin-up’u, ale może żeby gdzieś patrząc nawet z boku, odważyły się poeksperymentować z makijażem, ubrać spódnicę zamiast spodni.

Fot: Roy Varga

 

Fot: Pura Vida

 

Fot: Dominik Stachoń (z ciekawostek – to zdjęcie wisi w krakowskiej restauracji z kuchnią francuską: Chez Nicholas )

– Jesteś również modelką. Stylizacja pin-up wymaga sporo pracy. Włosy, makijaż, sukienka. Ile trwają Twoje przygotowania do sesji? Bo rozumiem, że samo pstrykanie zdjęć zajmuje chyba najmniej czasu?

– Dużo zależy od tematyki zdjęć, ich przeznaczenia oraz samego fotografa. Jeżeli jest to sesja dla konkretnej marki, taka jak w zeszłym roku robiliśmy dla Natabo to trwała ona cały dzień. Zaprezentowanie całej nowej kolekcji ubrań zabiera trochę czasu. Ale na ogół moje przygotowania zaczynają się już dzień wcześniej, kiedy zakręcam włosy i śpię w takich wałkach piankowych.

– No co Ty? Poważnie? Ale, że jak to wygląda? 😯 Spuszczasz głowę w dół poza materac? Czy wydrążasz materac po stronie, gdzie kładziesz głowę?

– Ha, ha , ha 😆 – tak- teraz kupiliśmy nowy materac i muszę zacząć proces wydrążania od nowa. Wiesz, z początku to może wydawać się niewygodne, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Z makijażem to też w zależności od tego czy ma być delikatny, czy pełniejszy- wieczorny, ale trwa to mniej więcej 2-3 godziny. Sesje zdjęciowe wiążą się też z innymi wymaganiami- ten makijaż musi być mocniejszy, więcej rozświetlacza, czasem sztuczne rzęsy więc zabiera to trochę czasu. Nieco krócej schodzi, kiedy poproszę kogoś, żeby zrobił mi fryzurę np. Rockagirl.

– Na koniec zapytam jakie są Twoje pin-up’owe marzenia?

– Moje pin-up’owe marzenia… hmm, na pewno są związane z organizacją festiwali dla kobiet. To jest coś, co ja uwielbiam.

– Widać, że czujesz się w tym jak ryba w wodzie. Za Tobą Polish Boogie Festiwal, przed nami Kogel Mogel.

-Tak, przed nami Kogel Mogel i nie śpię po nocach, przygotowuję różne dziwne rzeczy. Mam mnóstwo pomysłów i niestety ograniczony budżet więc te pomysły na tym czasem cierpią. Moim największym marzeniem jest, żeby mieć taki festiwal jak ten, dla którego byłam oficjalną modelką w Belgii w 2015 roku, na 15. edycji Rockabilly Day Belgium. To jest naprawdę wspaniały festiwal z mnóstwem wydarzeń dookoła niego. Każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. Wiec to jest moje największe marzenie, żeby stworzyć w Polsce prężnie działającą organizację, która robi fajne rzeczy związane  z retro.

 

-Byłoby świetnie! Ja już czuje się zaproszona na tego typu festiwal  🙂 . Tymczasem widzimy się 13. października na Dolnych Młynach w Krakowie na VII już Targach Kogel Mogel. Jeszcze zostały ostatnie miejsca, żeby zapisać się na warsztaty. Agnieszka bardzo dziękuję Ci za rozmowę i za przybliżenie pin up’u, wywróciłaś moje przekonania o tym trendzie do góry nogami  🙂 .

 

Please follow and like us:

2 thoughts on “Łamiemy stereotypy czyli współczesny ‚pin-up’ oczami Cherry Bee”

  1. Piękna kobieta i wspaniałe stylizacje! Gdzie można znaleźć więcej informacji i zapisy na warsztaty? Bo szukam i trafiam tylko na nieaktualne informacje 🙁 Czy wejściówkę na same targi kupuje się przy wejściu czy wcześniej? Jeśli się wybierasz Ewelina, to chętnie się przyłączę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *