Są takie miejsca

Lifestyle

Od kilku tygodni odczuwam ogromne zmęczenie materiału. Przytłacza mnie miasto, hałas, a zwłaszcza ludzie. Zewsząd atakują mnie siatki, futerały od skrzypiec usiłują wybić mi oczy, wychodząc z autobusu przeskakuje przez czyjąś torbę treningową, a źle znoszę skoki w dal o poranku. Tak jest nas dużo w tym mieście, potykamy się o siebie, ocieramy, zabieramy cenne powietrze, patrzymy spode łba, czekamy na zielone jak na Godota, trąbimy, usta zza szyby układają się w bezgłośne „ku..wa”. Stoję przed pasami, rowerzystka wbrew moim przypuszczeniom zatrzymuje się, po chwili, która trwa tyle co uniesienie brwi  w zdziwieniu, stawiam pierwszy krok, żeby prawie się z nią zderzyć, słyszę tylko syknięcie „jeszcze się dłużej ku..wa zastanawiaj”. Gość w czarnym bmw groźnie gestykuluje rękami i wali głową o kierownicę, kiedy przechodzę przez pasy z grupą szwedzkich emerytów, aż pan Szwed z tyłu pyta: „czy u was nie ma w zwyczaju, że się pieszych na przejściu przepuszcza?” I już mam ochotę mu odpowiedzieć, że u nas w zwyczaju jest „wkurw nasz powszedni”, zwyczajny jak kiełbasa.  Kupuję wodę mineralną w supermarkecie i ośmielam się płacić banknotem dziesięciozłotowym, pani kasjerka pyta czy nie mam drobnych. Grzebię w portfelu i mówię z zadowoleniem, że mogę jej dać 55 groszy, pani krzyczy na mnie z pretensją „ale mnie to wcale nie ratuje”. I mam ochotę jej powiedzieć, że ja tu po wodę przyszłam, a nie pani na ratunek. Sąsiad z dołu przychodzi w niedzielę w szlafroku o 8.00 z pretensjami, że się przez nas wyspać nie może i się czuje jakby nad nim  mieszkała ekipa budowlańców, i już mam ochotę mu odpowiedzieć  czy oczekuje ode mnie, że dzieci do adopcji oddam czy babci na wychowanie?

Działa to wszystko na mnie, chodzę podenerwowana i śni mi się po nocach Islandia, czy jakaś inna Norwegia. Pustka, cisza, przestrzeń, 15 km na rowerze do najbliższego ludzkiego skupiska. Ja wiem, że w Polsce też bywają takie miejsca, ale to w Skandynawii udało mi się do tej pory doświadczyć czegoś takiego i to mój punkt odniesienia, raj utracony. To w sumie dziwne dla mnie, bo ja generalnie lubię ludzi, lubię towarzystwo, nic mnie tak nie inspiruje do działania jak spotkanie z drugim, inna perspektywa. I kiedy mieszkałam przez pół roku na północy Szwecji to właśnie samotność doskwierała mi najbardziej, a teraz czasami niczego innego nie pragnę na tej krakowskiej ulicy. Boję się, że też mnie dopadł „wkurw nasz powszedni” i już nie ma dla mnie ratunku.

Tymczasem przedwczoraj błądząc w poszukiwaniu pampersów po ul. Długiej całkiem przypadkiem trafiłam do małego sklepu z kapeluszami „U Dominiki”. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, zniknął ten cały zgiełk i pośpiech krakowskiej ulicy i poczułam sie jakbym faktycznie weszła do kogoś i była bardzo miłym gościem. Kapelusze, kapelusiki, berety, czapki, kaszkiety piętrzyły się dumnie na półkach. W jednym rogu młody mężczyzna mierzył kapelusz w asyście pań ekspedientek, szczodrze komplementujących wybór pana, który najwidoczniej przekonany pytał „ile będzie mnie kosztowała ta przyjemność? W drugim rogu Pani Ziuta (70 plus) mierzyła turbany w asyście przyjaciółki, która krytycznym okiem wydawała werdykty „Tak, Ziuto!”, „Nieee, Ziuto”. Mój wzrok padł na dwa kosze pełne beretów w takiej ilości kolorów, że zrozumiałam, że i ja nie wyjdę stamtąd z pustymi rękami i nawet jeśli będzie mnie drogo kosztowała ta przyjemność to zupełnie nie szkodzi. Po chwili dołączyła do mnie pani w misternej kwiatowej konstrukcji na głowie (może była to sama pani Dominika?) i zaproponowała mi  do przymiarki retro kapelusik, w kolorze, w którym jak powiedziała „bardzo mnie widzi”. Po chwili stałam przed lustrem w różowym kapeluszu na głowie i mimo, że może faktycznie ładnie mi w tym kolorze, wyszłam ze sklepu z granatowym i czerwonym beretem. I z żalem, że wychodzę, bo atmosfera tego miejsca sprawiła, że czas stanął mi w miejscu, co rzadko się zdarza pracującej matce trójki dzieci.

Zaraz obok sklepu „u Dominiki” jest maleńki sklepik z mydłami. Weszłam z ciekawości, bo bardzo lubię miejsca, które specjalizują się w jednej konkretnej rzeczy. I faktycznie obok mydła nie stało tam żadne powidło. Wnętrze było białe, ale nie szpitalno-sterylne, światło  ciepłe, a zapach delikatny, nie drażniący. Wnętrze w rodzaju takich, w których się uspokajasz. Właściel był  miły i rzeczowy, w momencie dobrał mi odpowiednie mydła. Kiedy zapytałam czy sam je wszystkie wytwarza, odpowiedział, że tak wszystkie, poza tymi z Aleppo. Postanowiłam mu przed wyjściem powiedzieć, że tworzy świetne miejsce.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że jest w tym mieście sporo takich miejsc. Jak Pochlebstwo, o którym pisałam na naszym fanpagu. Mikropiekarnia gdzie  na legalu dilują glutenem. „Dzisiaj się Pani dostał prawdziwy chleb mister”, więc im odpowiadam zgodnie z prawdą, że zawsze mi się taki u nich trafia.

Są miejsca, które tworzą mikrokosmos, dbałości o klienta, zamiłowania do swojej profesji, gdzie z czułością odnoszą się do produktu i odbiorcy. Uwielbiam słowo „rzemiosło”, „rękodzieło”, ekscytuje mnie niepowtarzalność, pasja, która sprawia, że ludzie godzinami potrafią się na czymś skupić, albo zaryzykować tak wiele, bo wierzą, że to co robią jest tego warte.

Długo było mi przykro, że nie jestem „zręczna”, nie mam smykałki do ZTP, aż do mnie dotarło, że moim rzemiosłem są słowa. Zawodowo mówię, z przyjemności piszę. I chciałabym, żeby tu też było takie miejsce, gdzie „diluje się” dobrym słowem, pomysłami, gdzie można rozpędzić wieczorem „wkurw nasz powszedni”.

Bo poza beretem, mydłem i chlebem, wszystkim nam trzeba dobrego słowa.

Please follow and like us:

7 thoughts on “Są takie miejsca”

  1. Kasiu, jak Ty pięknie dilujesz tym słowem, bardzo dobrze mi się ten wpis czytało 🙂 Zwłaszcza pierwszy akapit, może dlatego, że taki prawdziwy. Trudno nie pędzić (i nie wku…wiać się po drodze) w tym mieście, w którym wszyscy Cię poganiają i poszturchują. Jako osoba pracująca we własnych czterech ścianach, przeżywam czasem szok, kiedy wychodzę na „pole” i stykam się z tą rzeczywistością. Czasem marzę o przeprowadzce na Podlasie. Islandia też nie byłaby zła 😉
    Beret piękny, właśnie szukam takiego nakrycia głowy na jesień i zimę. Można wiedzieć, jaki jest jego skład i ile Cię ta przyjemność kosztowała? 😉

    1. Bardzo miło czytać te słowa:) Beret ma doskonały skład czyli 100 % wełna i przyjemność ta kosztuje 59 PLN, a jeśli masz mniejszy obwód głowy niż ja to 49 PLN:) A „u Dominiki” kolorowy zawrót głowy, więc trudno skończyć na jednym.

  2. Beret juz kupiłam. Nie u „Dominiki” niestety bo 200 km mam ale kiedyś i tam zawitam. Słowa mi trzeba- „na te dziwne czasy, slowa zdrowego jak źródlana woda. Niech mnie kołysze w tej wielkiej podrózy i niech prowadzi….” I uśmiechów takich

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *