Prezentowe zwyczaje

Lifestyle

Korki na drogach, zablokowane wyjazdy z galerii handlowych, sklepy pełne ludzi z obłędem w oczach, szukających na ostatni moment prezentów. Z megafonów leci „Merry Christmas”, od koloru czerwonego i światełek kręci się w głowie. Święta coraz bliżej. A ja dziś niemodnie i niemodowo chciałam podzielić się z Wami pewnym defektem, który noszę w sobie od urodzenia. Być może Wy też tak macie, może mają tak Wasi mężowie i jakoś dziwnie Wam z tym żyć. Ja przyznam się szczerze, że nie rozumiałam tego przez bardzo długi czas.

Prezenty w ogóle mnie nie obchodzą. Ale wiecie, tak całościowo. Niespecjalnie lubię je dostawać i niespecjalnie lubię je rozdawać. Gwiazdkowe prezenty od zawsze były dla mnie bardzo krępujące. Wyobraźcie sobie tą atmosferę wieczerzy wigilijnej. Po wielu dniach przygotowań siadamy całą rodziną do stołu, zaczynamy modlitwą, następnie wjeżdżają wszystkie wspaniałe dania. Jest choinka, świeczki i wszystko jest takie uroczyste, rodzinne, piękne, do czasu kiedy na koniec wjeżdżają prezenty. Każdy bardzo się starał, wybierał spersonalizowane podarunki, wyczajał niczym Sherlock Holmes, czego potrzebuje obdarowywana osoba ( teraz już wiem, że ludzie tak robią, ponieważ powiedział mi o tym Pan Golis, kiedy poskarżyłam mu się, że nie umiem szukać prezentów). Więc kiedy wjeżdżały prezenty, czułam rosnącą gulę, ponieważ wiedziałam, że będę musiała się z nich cieszyć, a jakoś wcale nie miałam na to ochoty.

Kiedy coś mi się podoba mówię dziękuje i dla mnie sprawa jest załatwiona. Nie mam też oczekiwań od innych, że będą się oni rozpływać nad tym, co kupiłam. Nie przeszkadza mi również kiedy ktoś oddaje, wymienia lub sprzedaje upominek, który ode mnie dostał. Podchodzę do tego czysto pragmatycznie- jeżeli coś się komuś nie podoba, powinien się tego pozbyć i nabyć coś w zamian, zamiast trzymać tą rzecz jedynie po to, by nie urazić drugiej osoby. Zanim Pan Golis mnie nie uświadomił, nie zdawałam sobie sprawy, że prezenty są dla niektórych ludzi tak ważne i często kupowałam prezent tydzień, albo 2 tygodnie po terminie. Czasami zdarzało mi się, że wypadało mi to zupełnie z głowy. Teraz wiem, że nie mogę mierzyć wszystkich swoją miarą. Teraz wiem, że są ludzie, których jednym z głównych języków miłości jest język prezentów. Ja tego języka nie posiadam wcale. Jeżeli teraz robisz wielkie oczy i zastanawiasz się, co to jest język miłości to zapraszam na wpis Kasi pt. „czego pragną kobiety” , gdzie wszystko jest świetnie objaśnione.

Skoro dokonuje dziś rozrachunku to przyznam się Wam, że mam jeszcze jeden prezentowy defekt. I tu zupełnie jestem jak Sherlock Holmes. Uwielbiam przyłapywać Mikołaja na gorącym uczynku. Kiedy zbliża się czas prezentów wyostrzają się moje zmysły na wszystkie dziwne zachowania Pana Golis. Kto jak kto, ale On dobrze mnie znając, wie jak zachować kamienna twarz i sprytnie ukryć upominki, żebym nic nie wygrzebała przed czasem. Zdarza się jednak, że Pan Golis się nade mną lituje i pozwala mi zgadywać, co też dostanę. Wymyśla wtedy szereg łamigłówek, nad którymi rozmyślam 2 dni. Czasem myślę sobie, że można byłoby podarować mi paczkę cukierków za 7 zł z mapą ich ukrycia. Ech, każdy ma w sobie coś z dziecka.

A jaki ładunek emocji niosą dla Was gwiazdkowe prezenty? Czy macie jakieś swoje rytuały związane ze świątecznym podarkami?

Please follow and like us:

1 thought on “Prezentowe zwyczaje”

  1. Ewelina, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym Twoim, jak go nazywasz, „defekcie”, nie mogłam się nadziwić, że można nie lubić prezentów. Bo język prezentów to zdecydowanie mój język. Przez cały rok notuję w telefonie różne pomysły (zwłaszcza dla Męża), przeglądam sklepy internetowe, odkładam pieniądze. Spędzam pół godziny w sklepie papierniczym, wybierając wstążki i papier do pakowania. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy wolę dostawać prezenty, czy je dawać, to nie umiałabym odpowiedzieć, bo jedno i drugie uwielbiam.
    Kiedy byłam na studiach, w mojej „paczce” przyjaciółek prezenty były swego rodzaju rytuałem. Poświęcałyśmy dużo czasu na dyskusje i wybieranie, no i na obowiązkową kartkę z życzeniami – ozdobioną zdjęciami, obrazkami i autorskimi wierszykami. Do tej pory mam te kartki i nigdy ich nie wyrzucę <3 Często mają dla mnie większą wartość niż sam prezent, do którego były dołączone.
    Na Boże Narodzenie natomiast mogłabym nie dostawać żadnych podarunków, bo nie to jest najważniejsze 🙂 Przeraża mnie to, że niektórzy potrafią się zapożyczać w tym celu… Jeśli w danym roku mnie nie stać, to nie kupuję.
    Ach, no i oczywiście opakowania! Niezapakowany prezent dla mnie traci na wartości, a opakowanie znacznie podnosi jego wartość. Zwłaszcza jeśli widzę, że ktoś zapakował go ręcznie, nawet niezdarnie, a nie dał do zapakowania w sklepie. Taki drobiazg, a cieszy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *