szary-kapelusz

31 i jeden dzień

Lifestyle

Jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy myślałam o 19 grudnia, snułam sobie plany, co też tego dnia zrobię. Zacznę od tego, że zrobię sobie wolne i nawet nie dotknę komputera, choćby Norwedzy i Szwedzi walili drzwiami i oknami, odprowadzę dzieci do przedszkola, wsiądę do auta i pojadę gdzieś w górki. Sama. Jak kiedyś. Pochodzę sobie i przewietrzę głowę. W końcu mam 31 urodziny, dobrze zrobić coś dla siebie. Niestety jak to często bywa z planami rozmyły się wraz z katarem i krtaniowym kaszlem bliźniaków. Urodzinowe Gorce zamieniły się więc w urodzinowy szpital.

W wigiilię urodzin, zapowiadających się z lekka smętnie, siedzieliśmy z panem Boberkiem na kanapie i oglądaliśmy francuski serial romantyczny. Była 23.30, wiedzieliśmy, że to już napewno pora spać, ale wbrew rozsądkowi Boberek zapytał: „To co? Oglądamy ostatni czy idziemy spać?”, „Oglądamy!”, „Dobrze, kurde jesteśmy jak jakieś „nołlajfy”. Po tej smutnej diagnozie poczułam, że jedyne co mogę zrobić to pójść do lodówki. „Nie rób tego” – powiedział Pan Boberek, który zna mnie jak nikt – „Będziesz żałować! Nie będziesz mogła patrzeć w lustro! To poniżej twojej godności!”. Ale jednak zrobiłam to. Zjadłam dzieciom monte. Kiedy po północy poszliśmy spać, obudził się pierwszy bliźniak. Poranek 19 grudnia nie zapowiadał się więc obiecująco.

Wcale jednak nie było tak źle. Dostałam urodzinowe śniadanie i urodzinową kawę. Golisy przyszły w południe z ciastem i „Sto Lat”. Potem sąsiedzi wpadli z urodzinowym pierniczkiem, który chłopaki zjedli bez kłótni w trójkę i rozegraliśmy w przedpokoju mecz na trzy piłki i siódemkę ludzi. Wieczorem przyszła nasza niania Sylwia i pan Boberek w ramach urodzinowej randki zabrał mnie na wykład o Talmudzie w JCC. Sptokaliśmy tam koleżankę Asię, która zapytała się nas: „czy potem pójdziemy jednak gdzieś jak normalni ludzie?”.  Jak normalni ludzie poszliśmy potem do „Zazie”, ktore kocham miłością kulinarną największą i zjadłam najlepszy deser na świecie (lepszy nawet niż monte).

Jak na „nołlajfa” to jednak całkiem dobre to życie. Przyjrzałam się temu roku mojego życia, co to wczoraj minął i bilans wychodzi mi całkiem nienajgorzej. Zobaczyłam śnieg w Maroku i jadłam najdroższy ryż z mięsem na świecie w najlepszym możliwym towarzystwie na Majorce. Przeżyłam dwa tygodnie pod namiotem z trójką dzieci i do dzisiaj wszystkim opowiadam jak było fajnie. Napisałam kilkadziesiąt stron tekstu, najwięcej od czasu pracy magisterskiej. To był najbardziej kreatywny rok mojego życia od czasu Radia. Poza wrześniem udało mi się poskromić mój pracoholizm. Zaczęłam chodzić na ćwiczenia i ogarnęłam swój kręgosłup. A dzięki Golisom trafiliśmy do fajnej wspólnoty i za ciałem zaczął iść powoli duch.

Wciąż jestem niecierpliwa i mnie „nosi”. Dużo płaczę, na filmach i po książkach również. Czasem krzyczę. Nie potrafię policzyć, ile całusów, przytulasów i okładów z niemowlaków zaliczyłam przez ten rok. Może i mam więcej zmarszczek, ale tych na policzkach również.

Kolejny rok niesie ze sobą dużo zmian i nowych projektów. Zaczęłam tłumaczyć moją pierwszą książkę i czekam na odpowiedź od wydawnictwa. Jak wszystko dobrze pójdzie za kilka miesięcy będę pisać do was z leśnego domku. Nie zapeszajmy jednak.

Czego mogłabym sobie życzyć? Niech to „nie-życie” trwa, niech mnie zaskakuje, niech płynie swoim rytmem. Może trochę więcej „łapania chwili za grzwykę” i mniej monte. Więcej życzeń nie pamiętam!

Please follow and like us:

7 thoughts on “31 i jeden dzień”

  1. 31 lat mówisz…..a ja pamiętam jak 10 lat temu zobaczyłam Cię pierwszy raz w Radio i przez moją myśl przeszło: „O Boże! Jaka Ona ładna! Nie jak jakieś plastikowe lale – ale tak naprawdę!”. Sto lat – i niech to życie płynie swoim rytmem nadal!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *