Uzasadniona nienawiść do świata a cykl menstruacyjny

Kobiece sprawy

Nie sypiam dobrze od czterech dni, bo dzieci gorączkują, a nawet jak już zasną to ja wciąż nie mogę spać. Dopadło mnie przeziębienie akurat na dzień przed przyjazdem grupy. Jedyne dwa dni w lutym, kiedy powinnam być zdrowa, a nie jestem, tylko duszę się jak górnik węglowym pyłem. To ewidentnie nie mój dzień. Piszę Ewelinie, że „wk…rwia mnie ta zima” mimo, że jak jadę autobusem w stronę lotniska słońce świeci i dotyka mojej twarzy swoimi ciepłymi, pieprzonymi promieniami.  Nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych. Chce mi się płakać, bo mój tekst o flower power przeczytało 12 osób.

Dojechałam. Na lotnisku przejmuje 50-ciu Szwedów w wieku nastoletnim. Dopada mnie rozpacz, że moje małe skrzaty kiedyś osiągną to stadium rozwoju. Docieram z grupą do muzeum, po którym bardzo lubię oprowadzać trzy osoby, a nie 50/2. Wchodzę do pokoju socjalnego i wieszam kurtkę. W tle słyszę, jak pani sprzątaczka mówi do pani garderobianej, że „przecież przewodnicy się tu nie mają wieszać, a się wieszają!” Tak właśnie powinna wyglądać wzorowa komunikacja – zwracajmy się do siebie w trzeciej osobie liczby mnogiej zza pleców. Udaje, że nie słyszę, na drzwiach do pokoju socjalnego nie ma jeszcze karteczki „Zakaz wieszania się przewodnikom”, więc się wieszam i idę oprowadzać. Stoję z grupą 26 os w korytarzu i opowiadam o zdjęciach z jednej strony ściany. Zza pleców nadchodzi jakaś pracowniczka muzeum i syczy do mnie z oburzeniem, że mam grupę ustawiać, żeby robić miejsce dla indywidualnych turystów. Z lewej strony zostawiliśmy 30 cm i doprawdy nie wiem jak mam zostawić tego miejsca więcej, kiedy 26 osób tłoczy się w korytarzu 120 cm x 300 cm. Czuję się jak wróg publiczny, nakłaniam turystów do tulenia się do ścian, aż w końcu dopada mnie myśl, że nie, dość tego. Nie wiem co się ze mną dzieje, bo z reguły mam bardzo indywidualistyczne podejście do życia, a tu nagle jakaś miłość do mas mnie ogarnia w stylu „wyklęty powstań ludu ziemii” i mam ochotę krzyczeć do tych wolnych elektronów na wystawie jak głosi hasło federacji, do której należę: „Kraków tylko z przewodnikiem!” Kurwa!” (dodając już od siebie). Wstępuje we mnie duch Karola X Gustawa i już prawie zagrzewam moich turystów do haki słowami: „Zróbmy im tu Potop!”. Ostatecznie tnę wystawę jak przecinak i nie biorę jeńców.

Wracam do domu. Padam na pysk. Wyrzucam w stronę Pana Boberka słowotok o wszystkich „nieszczęściach” dzisiejszego dnia, ludziach niemiłych i niekulturalnych, żalach i smutkach i cała kipie od emocji, których nie rozumiem. Po czym trafiam do łazienki i już wiem. Moja nienawiść do świata jest uzasadniona. Teraz będzie już tylko lepiej.

Jest coś pięknego i smutnego zarazem w kobiecym cyklu menstruacyjnym. Ten związek z fazami księżyca i rytmem natury jest niemalże mistyczny. Nazwa menstruacja wywodzi się od słowa „menes” czyli księżyc. Książkowy cykl kobiety trwa 28 dni, dokładnie tyle ile cykl księżyca. W jednym i drugim cyklu możemy wyróżnić powtarzające się fazy. Początek cyklu to oczywiście pierwszy dzień miesiączki i zarazem nów księżyca. To czas osłabienia, w którym powinnyśmy przeznaczyć możliwie dużo czasu na odpoczynek i regenerację sił. Po nim następuje faza folikularna (półksiężyc) – najpiękniejsza, ukochana, upojona dopaminą, na serotoninowym haju. Jesteś piękna, cera nie ma wyprysków, wszystko chcesz i wszystko możesz. Pomysły, plany, projekty sypią się z rękawa. Po prostu wiosna. Kulimnacją tej fazy jest owulacja, łączona z księżycową pełnią. Nie możesz spać z nadmiaru energii i jesteś płodna w każdym aspekcie życia. Pąk eksploduje w  kwiat paproci o cudownych, ale krótkotrwałych właściwościach. I potem się zaczyna droga w dół. Faza lutealna, podczas której spada nam poziom energii tak jak księżyc zaczyna się zmniejszać. Pojawiają się wątpliwości, lęki, rozdrażnienie, w formie ekstremalnej tuż przed miesiączką zaskakuje nas owiany złą sławą PMS. Napięcie sięga zenitu i nie bierzesz jeńców.

Bardzo rzadko w drodze do lepszego rozumienia siebie sięgamy po cykl menstruacyjny jako pewien punkt odniesienia. Bardziej jako frazes czy żart o PMS. Niezależnie od momentu cyklu, w którym się znajdujemy stawiamy sobie zawsze tak samo wysoką poprzeczkę, bagatelizujemy sygnały płynące z naszego organizmu i nieustannie wymagamy od siebie więcej. Ja wiem, że obecny styl życia nie daje nam zbyt dużo możliwości, żeby żyć w zgodzie ze swoim zegarem biologicznym, a co dopiero cyklem menstruacyjnym. Zaczęłam sobie jednak uświadamiać jak dużo mądrości i pola do interepretacji jest w tej mistycznej powtarzalności cyklu. Czas aktywności i czas wyciszenia. Czas wyzwań i czas wątpliwości. Nie lubię jesieni i zimy i nie lubię fazy lutealnej. Boję się sytuacji, kiedy tracę nad sobą kontrolę i kiedy brak mi energii. Często myślę sobie, że w tej drugiej fazie to nie ja, że to do mnie niepodobne. Ale to też jestem ja.

Przez nasz współczesny sposób życia rozjechałyśmy się mocno z księżycem. Szkoda byłoby rozjechać się jednak z samą sobą.

 

*Obraz rozpoczynający wpis jest autorstwa Kasi Boguszewskiej, absolwentki Krakowskiej ASP i również przewodniczki po Krakowie. Można go zobaczyć w sklepie z ceramiką na krakowskim Kazimierzu. Jeżeli jesteście ciekawi twórczości tej bardzo zdolnej, młodej artystki to zapraszam na jej stronę Qma Art.

 

 

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *