tatry

Górska terapia

Lifestyle Z podróży

„Nie potrzebuję terapii, potrzebuję w góry” przeczytałam kiedyś i poczułam się z tym zdaniem bardzo związana, bo w obliczu problemów, czy przytłaczającej codzienności lubię uciekać właśnie tam. Japończycy wymyślili kąpiele leśne, ja jestem zdecydowaną zwolenniczką kąpieli górskich. Góry pełnią dla mnie terapeutyczną rolę. Wracam z nowymi pomysłami i taka jakoś bardziej poukładana. Przede wszystkim dlatego, że poza kilkoma wyjątkami, można tam doświadczyć absolutnej ciszy, pobyć ze sobą i z naturą, której człowiek nie dał jeszcze rady spieprzyć. W polskich Tatrach trzeba się co prawda najpierw przebić przez inferno Zakopanego, ale potem jest już z reguły lepiej.

Góry potrafią ukoić i ukołysać, ale potrafią też wstrząsnąć, zmusić do ogromnego wysiłku albo wywołać prawdziwy strach. Doświadczenie tych emocji pomaga mi zrozumieć to, co dzieje się ze mną już w dolinach. Często wracam z  życiową lekcją. Tak było i tym razem.

Dziadkowie zabrali nam dzieci na trzy dni ferii, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji. Pan Boberek naoglądał się filmów z Andrzejem Bargielem, śmigającym po Tatrach i zaproponował, że może wyciągnę te skurzone i nigdy nieużywane, acz siedmioletnie skitury z chowalnika i spróbujemy tego sportu, o którym marzymy już od dawna. Sama perspektywa tego wyjazdu dała nam cały tydzień szczęścia, które nagle przyćmiła smutna, życiowa okoliczność. Trzy miesiące temu znaleźliśmy leśny domek, który postanowiliśmy kupić. Prawie wszystko było już dograne, dokumenty pozbierane, notariusz umówiony. Tymczasem w sobotę właściciel poinformował nas smsowo, że sprzedał ten dom za naszymi plecami komuś z rodziny. Dobiło nas to, bo od trzech tygodni my już wybieraliśmy szklarnię. Pół soboty wyłam jak moje nazwisko wskazuje i tylko perspektywa tych gór niosła jakieś pocieszenie.

Pojechaliśmy, pokonaliśmy siedem kręgów zakopianki i zaparkowaliśmy przy skoczni. Wypożyczyliśmy sprzęt dla Pana Boberka i ruszyliśmy w górę. Pogoda była piękna i słoneczna, czuć było wiosnę w powietrzu.

Podchodziliśmy szlakiem do Doliny Gąsienicowej przez Boczań. Bardzo nam się spodobało podchodzenie na nartach i w pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku, żeby sprawdzić jakie będą nasze wrażenia ze zjazdu w naturalnym terenie. Tu nam trochę utarło nosa, bo mimo tego, że mamy całkiem przyzwoite doświadczenie górskie a na nartach jeździmy od dziecka, to nasz zjazd w małym kotle wyglądał jak walka o życie a nie szus przez puch, jak to sobie wyobrażaliśmy. Jazda w nieprzygotowanym terenie to zupełnie inna bajka. Z jednej strony połknęliśmy bakcyla, z drugiej dostaliśmy solidną lekcję pokory. Czasowo i kondycyjnie też dało nam w kość i ostatecznie zjeżdżaliśmy z Kasprowego do Hali Goryczkowej w stronę zachodzącego słońca.

na skiturach

Wieczorem w hotelu siedziałam w koszulce i bokserkach Pana Boberka, bo okazało się, że zabrałam raki, kask i foki, ale nie mam majtek, bo walizka z ubraniami została sobie w przedpokoju. Kleiłam plastry na obdarte stopy i krzywiłam się przy każdym ruchu, bo bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia. I byłam szczęśliwa. Tak szczęśliwa, jak dawno nie byłam. Bo z jednej strony kolejny raz udało mi się przezwyciężyć własną słabość, a z drugiej zrozumieć, że nie zawsze wszystko zależy ode mnie. Góry uczą pokory. Jacek Hugo Bader w książce „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” (która jest najlepszą książką jaką czytałam  o fenomenie zdobywania gór) pisze:

Tenzing Norgay, nepalski Szerpa […] mówił, że na wielkie góry trzeba się wspinać z pokorą dziecka, które wchodzi na kolana matki. I nie wypada nawet na nie patrzeć, jak uważają indianie Koyokon z Alaski, którzy mieszkają u podnóża Denali […]. Kiedy ich święta góra jest widoczna w oddali, nie pozwalają swoim dzieciom nawet o niej wspominać.,,O tym nie mów. Twoje usta są za małe” – powtarzają im.

Przez te wszystkie lata, kiedy chodzę po górach nauczyłam się tego, że na szczyt wchodzi się wtedy, kiedy Góra Ci pozwoli, ale ty też musisz z siebie dać, czasem więcej niż ci się wydaje, że masz. Nauczyłam się, że czasem lepiej dystans mierzyć na pojedyncze kroki, a nie kilometry, bo kiedy mija szósta godzina ataku szczytowego, wysokość cię „dusi” to lepiej myśleć o tym jednym kroku, który jest właśnie przed tobą niż o 400 m w pionie. Zrozumiałam też, że czasem trzeba odpuścić, bo swojego ego w górach nie powinno się karmić. Mnie to wszystko jest potrzebne również na nizinach. Bo ja lubię czuć, że mam na wszystko wpływ, lubię kiedy moje działania przynoszą szybki efekt i zdarza mi się podłamywać na widok przeciwności. Wtedy często otwieram sobie „Alfabet Tischnera” i czytam:

Wspinał się pan kiedy po Tatrach? Człowiek wisi na ścianie, wyciąga rękę, która szuka uchwytu, i cały jest w tym uchwycie. Człowiek jest tym, ku czemu sięga jego serce. Człowiek nie jest już tym, od czego odrywa się jego stopa. Ten czujny ruch w górę – to jest właśnie etos człowieka.

Tego sobie i Wam życze, żeby życie było takim czujnym ruchem w górę i żebyście cali w tym byli, co właśnie robicie.

Na koniec jeszcze trochę ładnych obrazków z górami w tle:

 

Mt. Blanc
Zejście z Mont Blanc

 

Gouter – nocleg w chmurach

 

Wysokie Taury – Grossglockner

 

Zejście z Kazbeka – Gruzja

 

 

W drodze na Trolltungę – Norwegia

 

Szpiglasowa Przełęcz

 

Po zejściu z Galdhøpiggen – Norwegia

 

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *