Być jak Marcella czyli seriale na Netflixie, które warto zobaczyć

Lifestyle

Początkowo chciałam zdjęcia z tą stylizacją wykorzystać do wpisu pt. „Nuda jest potrzebna” i napisać trochę o takich „kaftanach bezpieczeństwa”, które mam w swojej szafie  i które bardzo się sprawdzają, kiedy muszę szybko coś na siebie ubrać i mimo wszystko względnie dobrze wyglądać. Zestawy na każdą okazję, bez prasowania i rozkminiania czy pasuje. Wkładasz i idziesz, bez obciążania mózgu obowiązkiem podjęcia kolejnej decyzji.  Jednak kiedy spojrzałam w lustro pomyślałam, że wyglądam dziwnie znajomo. Wyglądam prawie jak Marcella. Nie wiecie kto to Marcella?

sweter-merino

Postacie filmowe potrafią być modowo inspirujące i pisałam już o tym w poście o Annie Hall. To ciekawe jak bardzo to, co zobaczymy czy przeczytamy może wpływać na nasze wybory, także odzieżowe. W każdym razie moja stylizacja wzorowana mniej lub bardziej świadomie na „uniformach” Marcelli skłoniła mnie do zmiany tematu tego posta. To akurat dla mnie nic nowego, bo musicie wiedzieć, że często tematyka zmienia mi się w miarę pisania i bardzo lubię zdryfować w inną stronę. Gdyby nie moje przywiązanie do związku przyczynowo-skutkowego zapewne dygresja goniłaby tutaj dygresję. Ad rem! Marcella jest postacią z serialu Netflixa, który niedawno zawładnął moimi nocami i nawet wystawił na szwank mój związek z Panem Boberkiem. To dla Marcelli złamałam niepisaną zasadę naszego małżeństwa: „Nie oglądaj następnego odcinka serialu bez małżonka swego”. Wybacz Wiktor.

Nie będę ukrywać, że Netflix odgrywa ważną rolę w naszym życiu. Niezależnie jak bardzo chciałabym napisać, że trzymam rękę na teatralnym pulsie, zaliczam przynajmniej trzy kulturalne wydarzenia w tygodniu, koncert i kolację z przyjaciółmi, rzeczywistość ma jednak kolor owsianki i codzienność matki trójki dzieci przypomina raczej płatki z mlekiem niż Małże św. Jakuba z kawiorem. Trochę dramatyzuje oczywiście, bo i w moim kalendarzu są wydarzenia, przy których sobie przykleję gwiazdeczkę a codzienność w kolorze owsianki miewa swoje zalety. Ja bardzo lubię te wieczory, kiedy wszystkie dzieci zrobią już ostatnie siku, ostatni raz się napiją i każda część ich ciała zostanie porządnie przykryta. Kiedy z  pokoju chlopców nie dobiega już żaden dźwięk. To taka cisza, która w Ciebie uderza, która Cię zaskakuje i początkowo nie wiesz co z nią zrobić. Na szczęście jest Netflix, kocyk i  ciepłe ramię Pana Boberka:) Dzisiaj będzie więc o moich „guilty pleasures” czyli  serialach na Netflixie, które skradły mój czas i serce.

  1. Marcella 

marcella

Tytułowa Marcella to serial kryminalny, którego akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii i opowiada o kobiecie, która po rozpadzie  małżeństwa wraca do pracy w policji. Mamy bardzo ciekawy wątek kryminalny, problemy rodzinne w tle, a wszystko to w scenerii współczesnego Londynu. Serial został stworzony przez Hansa Rosenfeldta odpowiedzialnego między innymi za słynny „Most nad Sundem” i widać tutaj dużo podobieństw. Policjantka z poważnymi problemami i przeszłością, mnogość bohaterów drugiego planu i pobocznych historii, przez co odpowiedź na pytanie „kto zabił?” jest nieoczywista. Nie ma lukru, a bohaterowie nie dają się włożyć w proste szufladki: dobry i zły. Warto. Dwa sezony. Wciąga.

      2. Shtisel 

Akiva

To chyba jednak dla tego serialu pierwszy raz złamałam naszą rodzinną zasadę i obejrzałam sezon do końca bez Pana Boberka (na koncie mojego taty, żeby ukryć przestępstwo). Przyznałam się i przyjęłam mordercze spojrzenie na klatę:) Nie sądziłam, że historia rodziny utraortodoksyjnych Żydów będzie tak wciągająca i fascynująca. Dla mnie to odkrycie tego roku. Głównym bohaterem serialu jest Akiva, który szuka swojego miejsca w życiu. Z jednej strony zaczyna pracę jako młody rabin w jesziwie i pod dużą presją rodziny szuka żony, z drugiej strony ma wielki talent malarski i naturę marzyciela, przez co ląduje niejako na styku tych dwóch światów – nowoczesnej, laickiej Jerozolimy i swojej ortodoksyjnej dzielnicy Geuli, żyjącej w duchu tradycji. Piękna, wielowątkowa historia, prowadzona z lekkością i z dużą dozą humoru. Przepadniecie na długie godziny.

     3. The Kominsky Method

Serial komediowy z Michaelem Douglasem i Alanem Arkinem. Dwójka przyjaciół – aktor u kresu kariery i jego agent – mistrz ciętej riposty,  na ostatnim zakręcie życia. To jest świetnie napisane, genialnie zagrane i nie tylko bawi do bólu przepony, ale i potrafi poruszyć. Dawno nie śmiałam się tak bardzo, żeby za chwilę płakać jak moje nazwisko wskazuje.

    4. Working Mums

netflix

To mój niedawno odkryty „odmóżdżacz” czyli serial, który włączam kiedy potrzebuje natychmiastowej poprawy humoru niekoniecznie w dobrym guście. Może to nie jest serial najwyższych lotów, ale przyznam, że czasami bardzo trafnie ilustruje rzeczywistość pracujących mam, mnogość idei dotyczących rodzicielstwa ścierających się ze sobą czy problemów, które i mnie są bliskie. Wszystko z dystansem i humorem, bo faktycznie czasem tylko śmiech przez łzy może nas uratować. Do dzisiaj jednym z moich ulubionych dialogów jest wypowiedź jednej z bohaterek w kręgu wsparcia dla mam :

– Czasem marzę o tym, żeby nie mysleć, żeby mieć martwicę mózgu.

– Masz na myśli wakacje?

-Tak, właśnie! Wakacje z martwicą mózgu!

Ja też czasem o tym marzę:)

   5. Formula 1: Drive to Survive

Jakiś czas temu Ewelina wyznała, że podobają jej się wielkie samochody typu SUV. Powiedziałam jej wtedy, że przecież SUV- y w mieście są takie nieekologiczne i całe towarzystwo spojrzało na mnie jak moje dzieci, kiedy wyłączam im bajkę albo gaszę światło o 20.00. Tym samym czuję, że to co teraz napiszę zrujnuję moją opinię eko-świra. Zakochałam się w ryku silnika spalinowego i iskrach lecących spod kół. Zostałam fanką Formuły 1. Wszystko za sprawą dokumentalnego serialu pokazującego wyścigi F1 w ubiegłym sezonie 2018 i ich tło. Ta seria jest jak najlepsza meksykańska telenowela. Przyjaźń, zazdrość, rywalizacja, wielkie pieniądze i jeszcze większe nadzieje. Ktoś dochodzi do sukcesu ciężką pracą, ktoś inny ma tatę miliardera. Ktoś jest cichy i pokorny, ktoś szybki i wściekły. Albo ma pecha jak Romain Grosjean. Mam nadzieję, że sezon 2019 też zostanie sfilmowany i że zobaczymy w nim Roberta Kubicę.

6. Chef’s Table

Photo: Lucie Cipolla/Netflix

To jest estetyczne doznanie. W każdym odcinku poznajemy nowego kucharza i jego restaurację. Ja ani nie lubię ani nie potrafię za bardzo gotować. Natomiast kocham jeść i obserwować ludzi, którzy robią coś z pasją. Nawet jeśli jest to krojenie marchewki. Mimo, że kucharze pochodzą z róznych stron świata, specjalizują się w innej kuchni, są różnej płci, jest coś co ich łączy: trudne początki i szacunek do lokalnych produktów. Droga do sukcesu usłana jest kolcami, miło jest jednak zobaczyć to szczęśliwe zakończenie. Ciężką pracę zwieńczoną sukcesem. Do tej pory w pamięci zapadły mi najbardziej odcinki o szwedzkim kucharzu Magnusie Nilssonie, który otworzył resturację po środku niczego i Jeong Kwan, koreańskiej buddyjskiej mniszce – szefowej klasztornej kuchni. Każdy odcinek to prawdziwa uczta dla oka.

Na koniec kilka zdjęć mojej stylizacja a’la Marcella:

chinosy

lars-larsen-watch

A Wy dla jakich seriali zarywacie noce?

Please follow and like us:

7 thoughts on “Być jak Marcella czyli seriale na Netflixie, które warto zobaczyć”

  1. „Nie oglądaj następnego odcinka serialu bez małżonka swego” – ha, wyobrażam sobie reakcje mojego Męża, gdybym bez niego obejrzała np. odcinek „Gry o tron”. Chyba pierwszy raz mielibyśmy w małżeństwie ciche dni xD
    Twoje serialowe propozycje mnie zaskoczyły, bo dotychczas spośród sześciu pozycji mignął mi tylko ostatni tytuł – co do reszty, to widzę je pierwszy raz na oczy, a konto na Netfliksie mam nie od wczoraj… Ja mogę polecić „Outlandera” (o ile w ogóle lubisz kostiumowe) i niemiecki „Dark”. I wykupienie subskrypcji na HBO Go, bo tam też są dobre seriale, np. „Odpowiednik” ze świetnym J.K. Simmonsem w roli głównej 🙂
    No i oczywiście trzęsę się z niecierpliwości, oczekując na „Wiedźmina”! <3 Pokładam w tej ekranizacji ogromne nadzieje, oby Netflix nie zawiódł…

    1. „Gry o Tron” mój też by mi raczej nie wybaczył:) „Outlandera” jeszcze nie widziałam, ale migał mi w propozycjach, więc dodam sobie do listy. „Dark” oglądałam i faktycznie świetny. Co do „Wiedźmina” jestem bardzo ciekawa, ale rozczarował mnie wybór aktora do głównej roli i trochę się boję, bo książki Sapkowskiego darzę olbrzymim sentymentem i ciężko zniosę jeśli Netflix to zepsuje…Zobaczymy:)

      1. Ja też mam wielki sentyment do książek, sagę czytałam kilka razy – ostatni raz chyba w zeszłym roku i byłam pod wrażeniem, że wciąż podoba mi się tak samo, ani trochę się nie „zestarzała”!
        Przyznam, że moją pierwszą reakcją na wybór aktora też było rozczarowanie, ale postanowiłam podejść do tematu bez uprzedzeń i wypowiadać się najwcześniej po pierwszym odcinku 😉 Na pewno plus dla niego, że czytał książki 🙂
        Ja bardziej się obawiam, że twórcy nie będą celować w gusta fanów ASa, tylko fanów gry komputerowej, która przecież jest popularna na całym świecie. A czytelnicy Sapkowskiego to, nie oszukujmy się, w głównej mierze Polacy. Cóż, nawet jeśli serial nie spełni naszych oczekiwań, to na pewno przyczyni się do popularyzacji polskiej literatury na świecie, a to już coś.

  2. Ja mam tak jak poprzedniczka- ani jednego z tych seriali na oczy nie widziałam na Netflixie 😁

    Outlandera da się oglądnąć moim zdaniem tylko jeden sezon (głównie ze względny na głównego bohatera 🤪) a „Dark” również bardzo polecam! 🙂

    1. Masz oczywiście na myśli główny czarny charakter? 🙂 Fakt, jest świetny, Tobias Menzies zagrał doskonale! Mile mnie zaskoczył jego wybór do trzeciego sezonu „The Crown”, bardzo jestem ciekawa, jak wypadnie.
      Moim zdaniem drugi sezon „Outlandera” jest równie dobry jak pierwszy, potem jest już spadek formy – trzeci taki sobie, a czwarty rozkręca się dopiero od połowy (chociaż pojawia się czarny charakter, nie to samo co Randall, ale też całkiem evil). My z Mężem oglądamy dalej (i pewnie będziemy oglądać do końca) głównie dlatego, że się zżyliśmy z postaciami 🙂

      1. Mam oczywiście na myśli Sama Heughana w roli Jamiego 🤪🤪😁 (wizualnie)

        A Menzies faktycznie sprawdza się doskonale w roli czarnego charakteru- aktorsko wypada zdecydowanie lepiej.

        Natomiast dla mnie całość to za bardzo Ken Follett, dlatego bez nerwów wytrzymałam tylko jeden sezon 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *