Być jak Jon Willy

Lifestyle

Ma na sobie tą samą brązową, sztruksową marynarkę. Od siedmiu lat, kiedy co roku na początku kwietnia spotykamy się na lotnisku. Idzie energicznie przodem z uśmiechem na twarzy, a za nim, powłócząc nogami w akompaniamencie stukotu kółek od walizek, ciągnie się grupa zblazowanych, norweskich nastolatków. Wychodzimy z terminala i Jon Willy wystawia twarz do słońca i mówi mi, jak bardzo kocha wiosnę. Tym razem ma tylko kilkunastu uczniów, we wcześniejszych latach przywoził pięćdziesięciu i miał tylko jednego kolegę do pomocy. Na moje pytanie, czy  się nie boi i czy nie lepiej było wziąć jeszcze kilku rodziców, odpowiada ze śmiechem, że potrafi zajmować się dziećmi a nie rodzicami. W tym roku ma młodzież trudną, widzę te  przekrwione oczy pełne smutku i wiem, że łatwo nie będzie.

Idziemy przez Stare Miasto, a ja opowiadam już bardzo krótko i bardzo na temat, a właściwie próbuje wzbudzić w nich tylko zachwyt nad tym moim miastem, bo na ich wiedzy o świecie ciężko budować jakąkolwiek architektoniczno-historyczną narrację. Parę razy ogarnia mnie zwątpienie, ale Jon Willy idzie obok i z niestygnącym uporem wyciąga za uszy Kopernika, który jak wierzy, gdzieś tam leży w umysłach jego uczniów, w szufladzie z napisem „podstawówka”. Śpiewa po norwesku o kasztanach rosnących wzdłuż alei, kiedy idziemy przez Planty. Tłumaczy na angielski to, co opowiadam, chłopcu z Syrii, który przeprowadził się do Norwegii kilka miesięcy temu.  Przed Franciszkanami imituje pisk polskich dziewczyn na widok papieża w papa mobile.  „Papież  jest dla Polaków jak gwiazda rocka” mówi do młodzieży, która przed chwilą stwierdziła, że obecny Papież pochodzi z Francji. Jon Willy przyjeżdża do Krakowa zawsze w kwietniu. Był tutaj kiedy umarł polski Papież, widział też tego niemieckiego, który przejechał tuż obok niego i wyżej wspomnianych piszczących z zachwytu polskich dziewcząt. „Byłem też wtedy kiedy umarł wasz prezydent” mówi Jon Willy i konstatuje, że „zawsze coś się dzieje jak tu jestem. Czy teraz coś się dzieje?” Mówię mu więc zgodnie z prawdą, że mamy strajk nauczycieli i większość szkół i przedszkoli jest zamknięta. „No proszę! To ja trzymam za nich kciuki. To jest ważna i trudna praca”.

Jak trudną pracę wykonuje Jon Willy dociera do mnie, kiedy dwie godziny później oprowadzam po Kazimierzu grupę szwedzkich nastolatków z elitarnej szkoły w Sztokholmie. Kiedy literuje im „K-A-R-S-K-I”, żeby mogli sobie dokładnie zapisać na swoich Iphone’ach i kiedy krzyczą chórem, tak, tak koniecznie nas zabierz pod Fabrykę Schindlera, nas to tak bardzo interesuje. Mam wtedy przed oczami jak Jon Willy podpowiada swoim uczniom teatralnym szeptem „tak jak nasz hotel”, kiedy pytam ich o mojego ulubionego krakowskiego artystę, którego mieli zapamiętać. Z ust jednej z dziewczynek wydobywa się ciche: „Wyspianski” i widzę ten wyraz satysfakcji na twarzy Jona Willy i zaczynam tą satysfakcje podzielać.

Jon Willy za kilka dni skończy 60 lat, a wygląda na kilkanaście mniej, jak to mają w zwyczaju ludzie, którzy czują, że są tam, gdzie chcą. Uczy czterech przedmiotów w pierwszej klasie szkoły średniej położonej w małym miasteczku przytulonym do fiordu, gdzieś między Bergen a Ålesundem. „W sierpniu zawsze jestem podekscytowany i zastanawiam się jacy uczniowie przyjdą do mnie w tym roku we wrześniu. Nigdy nie jest tak samo. To są zawsze inni ludzie. Każdy z nich wymaga innego podejścia.” Jon Willy zarabia zapewne 6 razy więcej niż polski nauczyciel.

Jestem córką górnika i nauczycielki i trudno sobie wyobrazić dwie bardziej znienawidzone grupy społeczne (no, może jeszcze lekarze, co nie – Ewelino?) Nauczyciele mają wakacje, pracują pięć godzin dziennie i ciągle im mało pieniędzy. Moja mama jest nauczycielem przedszkola, więc nazywa się ją przedszkolanką i uważa się, że dostaje pieniądze za to, że „bawi się z dziećmi”. Moja mama po tych pięciu godzinach „zabawy” wracała do domu i szyła przez kolejne dwie na maszynie kostiumy na przegląd artystyczny, który odbywał się zazwyczaj w soboty. Kiedy czegoś nie umieliśmy znaleźć w domu, śmialiśmy się z tatą, że pewnie jest w przedszkolu: zasłony stały się kurtyną w teatrzyku, koszyk stoi w kąciku „jesiennym”, kwiatek w pokoju nauczycielskim. Kiedy mama została dyrektorem tego przedszkola, pracowała po 10 godzin dziennie, żeby nadążyć za biurokracją i dać radę zarządzać trzema placówkami jednocześnie, a jej wynagrodzenie nie wzrosło proporcjonalnie do ilości nowych obowiązków. Moja mama poświęcała się swojej pracy bez reszty. Za trzy miesiące przejdzie na emeryturę i ja wiem, że takich nauczycieli jak ona będzie coraz mniej. Bo my już od dawna nie wychowujemy dzieci, a przede wszystkim dziewczynek w duchu poświęcenia.  Ludzie są coraz bardziej świadomi swoich potrzeb, pragną wygodnego i dostatniego życia i pracy, która im takie życie finansowo umożliwi. Ludzie chcą rozwoju i finansowej motywacji. Misją, poświęceniem, społeczną odpowiedzialnością swoich dzieci nie nakarmią. Bo żeby myśleć o tych potrzebach wyższych, trzeba zaspokoić te podstawowe.

Słyszę teraz z każdej strony, że „każdy chciałby więcej zarabiać”,  „zaraz to się odezwą pielęgniarki i górnicy”, „mają gdzieś dobro dzieci”. Ja nie wiem dlaczego tak trudno zrozumieć , że zamiast w budynki, nowe podręczniki czy zmianę nazewnictwa, powinniśmy inwestować w pierwszej kolejności w ludzi, bo to w jakości relacji nauczyciel – uczeń rodzi się wiedza.

Ostatnio przeczytałam „Piaskową Górę” Joanny Bator i jeden z fragmentów wydał mi się bardzo aktualny:

Ratowanie i kochanie, tak miało wyglądać całe życie Bociana. Uczennica ostatniej klasy Dominika Chmura potrafiła w pamięci mnożyć liczby trzycyfrowe. Rozumiała melodię liczb, wyciągała pierwiastki, jakby zbierała kwiaty, miała palce poplamione atramentem i przykrótkie rękawy, spod których  wystawały nadgarstki pokryte świeżymi bliznami. Bocianowi nie trzeba było nic więcej. Próbował w pokoju nauczycielskim, jaskini dymu i smolistych, strasznych kaw parzonych w szklance, dowiedzieć się czegoś o uczennicy Dominice Chmurze, ale spotykał się z niechęcią lub obojętnością.(…) Im się już nie chce ratować i zbawiać, oni chcieliby mieć spokój i żeby się uczniowie nie wychylali w żadną stronę (…) Pozbawiony wsparcia Bocian postanowił samotnie uratować Dominikę.

Moje dzieci za chwilę pójdą do szkoły i chciałabym, żeby spotkały tam Jona Willy, K., W. i Bociana. Jon Willy mieszka w Norwegii. K. prawie rok temu rzucił pracę w szkole m.in. ze względu na niskie wynagrodzenie. Zawsze, kiedy spotykam W. widzę człowieka, który urodził się by być nauczycielem, ale choroba polskiego szkolnictwa zaraz go zeżre od środka. Bocian jest postacią fikcyjną.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *