majorka

#bodypositive

Lifestyle

Niedawno przez sieć przelała się fala zachwytu nad kampanią reklamową firmy H&M promującą najnowszą kolekcję strojów kapielowych w tzw. nurcie bodypositive. Marka dokonała „przełomowego” odkrycia, że nie wszystkie kobiety noszą rozmiar XS, mają sześciopak na brzuchu i zero rozstępów i nagle w kampanii pojawiły się zdjęcia kobiet o krąglejszych kształtach.

h&m
H&M – materiały prasowe

Zawsze uznawałam za cenne, kiedy na zdjęciach promujących ubrania marek sprzedających przez internet pojawiały się kobiety o różnych sylwetkach. Sama nie mieszczę się w ogólnie przyjętym modelu piękna i ani nie zostałam obdarzona ani najzwyczaniej w świecie nie zapracowałam na sylwetkę idealną, mimo prób podejmowanych raz z większą a raz mniejszą częstotliwością.

Torrent de Pareis

Podczas wakacji na Majorce rozmawiałyśmy trochę z Eweliną o zadowoleniu ze swojego ciała i pamiętam, że Ewe miała nawet pomysł na wpis pt. „Skończmy z bzdurami o samoakceptacji”, który gdyby powstał miałby szansę wzbudzić tak samo gorące emocje jak tekst o dresie – wynalazku szatana 🙂

Nie wiem jak to jest akceptować własne ciało, bo nigdy tego nie doświadczyłam. Może jedynie w czasach podstawówki, kiedy to jak wyglądam nie było dla mnie żadnym punktem odniesienia, a życie upływało na kupowaniu gumy na metry w pasmanterii, strzelaniu z łuku, huśtaniu się na płaczącej wierzbie i zdrapywaniu strupków z kolan. Nie potrafię odtworzyć momentu, kiedy poczułam, że moje ciało nie jest takie jakie powinno być. Wiem tylko, że to przekonanie zakorzeniło się na długo. Czy zaczęłam się porównywać ze szczuplejszymi koleżankami? Czy zobaczyłam zdjęcia modelek w gazetach? Czy to było wtedy, kiedy tato dla żartów mówił na mamę „Fałda 1” a na mnie „Fałda 2”?

Potem dla poprawy samopoczucia szukałam diet idealnych, mniej lub bardziej intensywniej uprawiałam sport albo w ostateczności próbowałam siebie przekonać, że to jak wyglądam nie ma związku z tym, kim jestem.

Dziś mam poczucie, że zadbanie o siebie i swoje ciało wpływa lepiej na moją samoocenę niż udawanie, że wygląd zewnętrzny nie ma żadnego znaczenia. Wierzę też, że istnieją kobiety, dla których tego typu przekonanie nie jest tylko oszukiwaniem samej siebie a prawdą, z którą dobrze im się żyje. Zastanawiam się jednak nad tym, czy do tej pory dobrze rozumiałam pojęcie „samoakceptacja”. Bo czy akceptowanie siebie to faktycznie brak chęci do zmiany czekogolwiek?

słomkowy-kapelusz

Pisząc ten tekst dotarło do mnie, że przez cały czas zadawałam sobie nieodpowiednie pytanie. Bo może nie warto ciągle pytać siebie „co powinnam w sobie zmienić”, ale „dlaczego?”.

Please follow and like us:

2 thoughts on “#bodypositive”

  1. Myślę, że samoakceptacja to nie jest zgoda na zatrzymanie się w miejscu, tylko kochanie siebie na tym etapie, na jakim obecnie się znajduję. To nie wyklucza dążenia do lepszej sylwetki, wręcz może sprawić, że jest nam łatwiej, bo docenimy każdy mały sukces i wybaczymy sobie porażki.
    Ja nigdy nie przepadałam za swoim ciałem, ale nigdy też nie stanowiło to centralnego punktu mojego życia. Było to jednak coś, co mnie uwierało. W dużej mierze pomogło mi docenienie ze strony innych osób (zwłaszcza mojego Męża) i stopniowo prawie zupełnie przestałam przejmować się mankamentami sylwetki.
    Jestem szczupłą osobą i przy odpowiednim wysiłku pewnie mogłabym mieć figurę modelki – tylko po co? I jakim kosztem? Kiedy zastanawiam się, co mi da więcej szczęścia – idealnie płaski brzuch czy tabliczka ulubionej czekolady – wybór jest oczywisty 😀 Nie dam sobie odebrać drobnych przyjemności dla jakiegoś urojonego ideału.
    Ostatnie pytanie jest bardzo trafne, Kasiu. Dlaczego w ogóle chcę coś w sobie zmienić? Czy faktycznie dla samej siebie, czy może po to, żeby się komuś podobać lub wpasować się w jakiś wzór? Bo może się okazać, że problem nie jest z sylwetką, tylko z poczuciem własnej wartości, szukaniem akceptacji itd. Wtedy nawet zrzucenie 10 kg nie pomoże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *