Hanoi, gdzie te psy?

Z podróży

Hanoi, zupełnie zielona stolica….
Pierwszy dzień spędziliśmy w stolicy Wietnamu, Hanoi. Do hotelu dotarliśmy kilka godzin przed rozpoczęciem doby hotelowej. Pomimo tego przywitano nas zimną limonkową lemoniadą i zmrożonymi ręcznikami, a w godzinę później nasze pokoje były gotowe.

W międzyczasie wyskoczyliśmy zjeść. Poszliśmy na bagietki z mięsem i warzywami do Banh Mi 20. Kiedy usłyszałam o tym pomyśle, przyznam, że byłam mocno zniesmaczona, że w krainie ryżu i aromatów zamierzamy najadać się glutenem, niemniej bagietki były przepyszne (są one spuścizną francuskiej ekspansji, jaka miała tu miejsce 100 lat temu). Po godzinnym spacerze w 40 stC i spalinach, zadowoleni że udało nam się ujść tym razem z życiem wróciliśmy do Classic Street Hotel.

Dlaczego „ujść z życiem”? Ponieważ zasady ruchu drogowego są tu zgoła odmienne od tych, które znamy. Chodniki są placem, gdzie toczy się życie, wietnamczycy naprawiają buty, czyszczą silniki, grają w chińskie szachy lub zwyczajnie wystawiają sobie stolik i krzesełka jedząc posiłki. Zatem turyści piesi podróżują jezdnią wraz ze skuterami i samochodami. Piesi są ostatnimi z ostatnich, nikt nie przepuszcza ich na pasach, nawet na zielonym świetle. Jedyną szansą na przejście przez drogę jest płynne wejście w pędzącą masę i nie zatrzymywanie się pod żadnym pozorem.
Wietnamczycy są jak wszyscy Azjaci, uśmiechnięci, pomocni, przyjaźni. Kiedy zapytaliśmy wraz z nowo zapoznanymi koreańskimi dziennikarzami w restauracji o to, co palą w tubach, zaraz zjawił się lokals z rurką, tytoniem i zacznął się cały rytuał. (Pan był mega zaskoczony i bardzo się śmiał, że też chcę spróbować, najwyraźniej kobiety nie palą tu tytoniu).

Co zwiedziliśmy w Hanoi? Jezioro żółwi (one na prawdę tam żyją i pływają sobie ze zdechłymi rybami), uliczkę która tętni życiem, na torach stoją stoliki, a kiedy przejeżdża pociąg wszystko jest zbierane i stawiane pod ścianą. Zwiedziliśmy też night market w poszukiwaniu stroju kąpielowego na jutrzejsze łodzie. Mieliśmy wpaść na 5 min, wyszliśmy stamtąd po 2 godzinach zachwyceni ichniejszymi produktami, które są bardzo dobrej jakości i w przyzwoitej cenie. Wyszliśmy bez stroju kąpielowego, za to z kompletem bezszwowej bielizny za 16zl (w intimmistimi analogiczny komplet kosztowałby 200zl), którą bez krempacji można uznać za pływacki zestaw. Niestety wszystkie ubrania są w rozmiarze co najwyżej S, niektóre z sukienek w ogóle nie przechodzą przez moje ramiona. Zakupiliśmy też wachlarz za 4 zł, bo jest on tu niezbędny w 40 stopniowym żarze.

Jedzeniowo to również był bardzo ciekawy dzień. Kasia z Kamilem zjedli ichniejsza sałatkę z makaronem i mięsem. Ja się nie odważyłam, zjadłam coś na kształt naszych oponek.

Wiktor postawił na wieprzowinę w liściach, dostał coś na kształt parówki zawinietej w duże niezjadliwe liście. Piliśmy sok z trawy cytrynowej- niesamowite, że można do wyciskarki włożyć kawał drewna długi na metr i gruby na parę centymetrów i wycisnąć z niego pół litra soku przepełnionego glukozą i lepkością.
Uprzedzam Wasze pytanie, nie jedliśmy psów, ale Wiktor grozi, że pochłonie pieczonego labradora, niemniej jednak nie widzieliśmy ich na mieście. Żywych psów też było niewiele 🤔. Ciekawa jestem skąd wziął się tutaj zwyczaj jedzenia naszych czworonożnych przyjaciół, może z biedy. Chcę wierzyć, że nie kierowała nimi zachłanność kulinarna.


Jutro czeka nas równie intensywny dzień, bardziej uwodniony (z czego ja akurat średnio się cieszę). Bardzo czekamy już z Wiktorem na skutery, na stanie się częścią tej ruchliwej drogowej wietnamskiej masy jadącej bez zasad i bez nerwów, z uśmiechem na twarzy.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *