Ha Long Bai i jak znalazłam 6 milionów

Z podróży

Nie czujemy tu zmęczenia, otwieramy oczy bez ociągania i schodzimy do jadalni. Tam czeka na nas wietnamskie śniadanie.

Jak dobrze jest zjeść rano ryż zamiast bułki, warzywa zamiast masła (z moim ukochanym morning glory czyli szpinakiem wodnym, który swoją drogą dostępny jest w chińskim sklepie w Centrum Handlowym Tandeta w Krakowie) i ciepłą potrawkę z kurczaka zamiast szynki. Kalorie dobijamy lekko ściętymi jajkami i owocami. Słodziutka, miękka marakuja, soczysty ananas i słodki dragon fruit. Wszystko jest dla nas nowe, bardziej intensywne więc chłoniemy i zapamiętujemy każdy smak i zapach.

Całą tą ucztę przerywa menadżerka hotelu mówiąc, że autobus do Ha Long Bai już na nas czeka. Więc zbieramy się w pośpiechu i wpadamy spóźnienieni do busa, ale o dziwo nikt nie jest na nas zły i wszyscy wietnamczycy witają nas uśmiechem. Naszym przewodnikiem staje się Tomy, którego prawdziwe imię brzmi w tłumaczeniu na polski „opium” i jest wspomnieniem francuskiej ekspansji i przywozu ziaren tej jakże zgubnej dla Wietnamczyków rośliny.

Wypływamy w rejs, przedzierając się przez usianą turystami zatokę Ha Long Bai, płyniemy na wyspę Cat Ba, wyspę małp. Pierwotnie planowaliśmy spędzić tu 2 dni, ale nastąpiła zmiana planów. Zwiedzamy jedynie jedną z jaskiń o wdzięcznej nazwie, którą przetłumaczyć można na polski „zwiędły kwiat” ( jak to zawsze mawiam jaskinia to jaskinia). Płyniemy więc dalej by dotrzeć do Lan Ha Bai, zatoki pełnej ciszy, którą zakłócają jedynie cykady ( ich koncert przypomina trochę dźwięk cięcia piłą, ale i tak jest fajny :)).

Zjadamy lunch pełny owoców morza (w zasadzie to zjada go Pan Boberek, bo my jesteśmy raczej względnymi wielbicielami małż i krewetek) i przesiadamy się na kajaki. Krzyczę głośno od wejścia „I don’t swimm at all” – wszyscy znowu się śmieją (czy na prawdę każdy umie tutaj pływać?).

Uderzamy wiosłami w zieloną wodę zatoki. Podpływamy do unoszącej się na wodzie wioski rybackiej, wykutych w skałach jaskiniń, za nic mając sobie nadciągające chmury.

W 2 minuty później bardzo pożałowałam iż jestem taką ignorantką. Zrywa się silny wiatr niosący ochłodę, ale również powodujący powstanie silnych fal i prądu zupełnie przeciwnego do naszego kursu. Z duszą na ramieniu dobijamy do przystani. Pan Golis i Boberki wyskakują jeszcze na moment do wody, by opanować dryfującą z żaglem tratwę.

Ja zachowawczo pozostaję na brzegu- I don’t swimm at all. Czeka nas już jedynie powrotny rejs statkiem, wypełniony rozmową z Tomym. Oprócz wielu szczegółów z życia rodzinnego i osobistego tego drobnej postury Wietnamczyka, dowiadujemy się o realiach życia tutejszej ludności. Mam wrażenie, że dla Tomiego jesteśmy bogaczami (zapytany o cenę lotu śmigłowcem nad zatoką odpowiada, że dla nas to na pewno tanio, nie podając przy tym konkretnej ceny). Jakże wielkie jest zdziwienie Tomiego, kiedy porównując zarobki lekarza okazuje się, że nasze równe są tym wietnamskim (trudno było się jedynie dogadać czy jest to stawka z dyzurami czy bez). Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że ten młody student nie wie nic o wirusie HIV i AIDS (którego tu w Wietnamie jest zdecydowanie więcej niż w Europie), czyżby świadomość tej choroby była tak mała czy poprostu Tomy nas nie zrozumiał? Pozostanie to na długo dla mnie zagadką. Wracamy busem przez wzdłuż pól ryżowych, docierając pod wieczór na nowo do Hanoi. Znowu udajemy się na bagietki z mięsem, gdzie poznajemy Australijczyka że Stanów ( dziwnie to brzmi 🤔). Po krótkiej rozmowie okazuje się, że posiada on fabrykę sprzętu optycznego w Łodzi. Wspomina ciepło Kraków i nasz polski bigos. Myślę o tym jaki świat jest mały, jacy jesteśmy wszyscy do sobie podobni, a równocześnie tak bardzo różni. Dopijamy marakuję z mlekiem, żegnamy się i zostaje nam jeszcze jeden jasny punkt naszego dzisiejszego planu- tajski masaż stóp. W salonie witaja nas wodą pachnącą miętą i ziołami oraz mrożonymi ręcznikami, jak dobrze jest się odświeżyć i ochłodzić po całym dniu. Dwie Wietnamki zabierają nas na piętro, obmywają nogi gorącymi ręcznikami. Oddajemy im z Panem Golisem nasze nogi. Panie nie mówią po angielsku, na ścianie wisi instrukcja pokazywania im gestem naszych odczuć – jeden palec znaczy, że preferujemy słabszy masaż, dwa- mocniejszy, a trzy- że chcemy przerwać terapię. Ale panie masują idealnie. Żałuję że nie mam trzeciej nogi ☺️. Wracamy do hotelu, pora przeliczyć budżet i spakować się. Nagle okazuje się, że jak zwykle nie pamiętam gdzie ukryłam nasze pieniądze. Ciągle brakuje nam 6 mln dongów. Kurczę, tak tego nie lubię, a zdarza mi się to dosyć często ( w dodatku nie powiedziałam Panu Golisowi gdzie wkładam te pieniądze). Zestresowani szukamy ich w czwórkę. Są, uff jak dobrze. Wszyscy zgodnie przyznają, że dziwne skrytki wybieram. Najważniejsze, że pieniądze się znajdują i na nowo stajemy się milionerami.Kiedy już w zasadzie śpimy, puka do nas Kasia z gałęzią w ręku, którą nabyła gdzieś na ulicy, mówiąc że przyniosła nam takie drzewo do zjedzenia i że jest pyszne.

Przyznaję, było pyszne, chociaż do dziś nie wiem co to było. Może Wy wiecie jak się ono nazywa? (smakuje trochę jak winogrona, a trochę jak nic co do tej pory jedliśmy).Padamy, jutro przenosimy się do Ninh Bin, krainy ryżem płynącej. 

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *