Mai Chau, moje Machu Picchu

Z podróży

Dwa dni spędziliśmy w Mai Chau. Droga dojazdowa do miasteczka jest niezwykle malownicza. To miasteczko nazwałam w myślach moim małym Machu Pichczu, bo to jedyne co skojarzyło mi się na widok porośnietych zielenią szczytów z migoczącą w dolinie osadą. Potem niestety zaszło słońce, które wzeszło dopiero następnego dnia, kiedy na własne oczy przekonaliśmy się, że znowu jesteśmy w raju.

Życie na plecaku jest bardzo męczące, ale pozwala zobaczyć dany kraj w pełniejszy sposób. Po powrocie do Polski zmęczenie i trudy pójdą w zapomnienie, a zostaną jedynie te piękne krajobrazy.

Po śniadaniu wzięliśmy rowery i ruszyliśmy przed siebie do miejscowych wiosek tkackich i wioski białych Tajów.

(jedno z moich ulubionych zdjęć, aut. Pana Golisa).

Normalnie za taką wycieczkę płaci się tutaj ok 40 $, my nie zapłaciliśmy nic, poza potem i 8 zł za wodę, którą kupiliśmy u jednego z Tubylców.

Ten miły Taj zaprosił nas do siebie, poczęstował herbatą i pomimo tego, że znał jakieś 10 słów po angielsku, wywiązała się między nami długa i serdeczna rozmowa. Poznaliśmy 7 jego dzieci rozproszone po różnych miejscach Wietnamu (na fotografiach), a on poznał 6 naszych. Potem nastąpiła lekcja wzajemnej geografii ( z nieznanych nam przyczyn Polska miała na mapie zupełnie inny kształt niż w rzeczywistości). Potem jeszcze krótka rozmowa o naszej podróży, pamiątkowe zdjęcie i pozostawiając rowery w wiosce, ruszyliśmy na nogach w górę.

Niestety burza pokrzyżowała nam plany. Potem przy zjeździe złapałam gumę ( po zeszłodniowym upadku na rowerze powinnam uznać to za pech). Do hotelu wróciliśmy więc bardzo wymęczeni, by złapać oddech przed obiadem. Pan Golis, nasz jedzeniowy opiekun poprowadził nas do miejscowej lokalsowej knajpki. Ceny w menu były przyjemnie niewysokie. Postanowiliśmy spróbować domowego wina ryżowego, które przyjemnie rozgrzało nasz żołądek. Potem zaczęły wjeżdżać zamówione dania. Każda z potraw przygotowywana jest tu od zera, wszystko dzieje się na naszych oczach więc jak to sobie zapewne wyobrażacie czas oczekiwania nie jest krótki. Kolejność wnoszenia poszczególnych posiłków jest raczej mocno dowolna. Na początek wnoszone są dodatki, potem jedno z dań głównych, potem shake’i, potem kolejne danie ciepłe, kawa, potem deser i danie ciepłe. Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, ponieważ porcje wykraczały mocno poza standardy europejskie. Tego dnia pozostał nam już jedynie miły relaks w basenie i słodka kolacja…przynajmniej tak myśleliśmy. Ale zupełnie przypadkowo trafiliśmy na coś na kształt festynu szkolnego (najprawdopodobniej na cześć władz komunistycznych). Występ bardzo nas wciągnął, pokaz wietnamskiego tańca z wachlarzami zrobił na nas hipnotyzujące wrażenie :), podobnie jak mijany w drodze powrotnej gabinet stomatologiczny (w którym wszyscy czekający w kolejce i inni przypadkowi przechodzący mogli bez krępacji popatrzeć sobie na dentystyczną robotę). Dwa domy dalej laryngolog z lampą na czole oczyszczał uszy siedzącemu na ulicy wietnamskiemu jegomościowi. O ochronie danych osobowych i poczuciu intymności nikt tu zapewne nie słyszał (podobnie jak o tamponach, które są tutaj towarem nieosiągalnym, z danych znalezionych przez Kasię, wynika to z ogólnokrajowego przekonania, że tampony odbierają dziewictwo…. ciekawym jest jednak fakt, że prezerwatywy wiszą setkami i jakoś niczego im nie odbierają). Zaprawdę dziwny kraj i jak powiedział Pan Golis, każde wyjście z hotelu, nawet po wodę, przeradza się w przygodę 🤔.


Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *